Euro nie jest dobrą walutą ani dla Czech, ani dla Polski


Pro Česko a Polsko není euro vhodnou měnou

Tekst powstał w ramach projektu “Sympozium: Unia Europejska, euro i ekonomiczny kryzys: wspólne interesy Polski i Czech w kontekście polskiej prezydencji w UE”, wspartego przez Forum Czesko-Polskie, a organizowanego przez Centrum pro studium demokracie a kultury  z Brna (www.cdk.cz, www.revuepolitika.cz) przy współpracy Ośrodka Myśli Politycznej.

 

Od razu na początku chciałbym wyjaśnić, że moim celem nie jest udzielanie jakichkolwiek rad, albo wręcz narzucanie czegoś naszym polskim sąsiadom i przyjaciołom. Całkowicie uznaję ich prawo do wolnego rozstrzygania o swoim losie, również w kwestii przyjęcia lub odrzucenia euro. Jeśli chodzi o Czechy, to jestem w trochę innej sytuacji, ponieważ  reprezentuję ten kraj w Parlamencie Europejskim. Wobec tego pozwalam sobie zdecydowanie bronić hasła, które zaprezentowałem wyborcom już przed wyborami do Parlamentu Europejskiego w 2009 i które brzmi: „Trzymajmy się korony!“ Jestem  głęboko przekonany, że euro nie jest korzystną walutą ani dla Czech, ani dla Polski i że państwa te nie powinny go w ogóle przyjmować przed 2020 r. Argumenty za tym stanowiskiem podzieliłem na trzy grupy: polityczne, ekonomiczne i prawne.

 

Obecna pozycja Czech i Polski w UE

 

Polskę i Czechy w Unii Europejskiej wiele obecnie łączy. Podobny był nawet los obu tych państw w dwóch kluczowych okresach historycznych: drugiej wojny światowej i zimnej wojny. Właśnie ta wspólnota doświadczeń jest źródłem wspólnych interesów i porównywalnych postaw wobec głównych wyzwań współczesności.

Przełomowy rok 1989, zarówno w przypadku Polski, jak i Czechosłowacji (której Czechy są prawnym następcą), oznaczał porzucenie komunizmu i powrót do zachodnioeuropejskiej tradycji demokracji liberalnej, gospodarki rynkowej, wolności jednostki, własności prywatnej i rządów prawa. Istotne jest również to, że oba kraje przystapiły na praktycznie takich samych warunkach do NATO w 1999 r. i do UE w 2004 r.

Rozszerzenie UE przebiegało według kilku zasad, które de facto czyniły z nowych państw przystępujących do Unii członków drugiej kategorii. Nowe państwa musiały przyjąć 100% unijnego prawa; dopuszczalna była tylko dyskusja, czy stanie się to w momencie akcesji, czy też z pewnym poślizgiem czasowym w ramach okresów przejściowych, nad długością których toczyły się negocjacje. Wszystkie państwa członkowskie przyjęły też w swoich traktatach akcesyjnych zobowiązanie, że w bliżej nieokreślonej przyszłości przyjmą euro jako swoją walutę.

 

Argumenty polityczne przeciwko przyjęciu euro przez Czechy i Polskę

 

Następstwem tego, że w czasie zimnej wojny oba państwa były częścią bloku sowieckiego, było ich gospodarcze zapóźnienie w stosunku do Europy Zachodniej. To zapóźnienie jest szczególnie widoczne w porównaniu ze Szwecją, Niemcami i Austrią, krajami zachodnimi, które bezpośrednio sąsiadują z Polską bądź z Czechami.

Samo powstanie euro jako wspólnej waluty europejskiej jest wynikiem historycznego procesu „pojednania“ między Niemcami i Francją, który osiągnął apogeum w latach 80. XX wieku i został wpisany do Traktatu z Maastricht. Traktat ten miał położyć podwaliny dla politycznej stabilizacji EWG (jeszcze w starym składzie dwunastu państw) wobec zjednoczenia się Niemiec. Euro było tworzone przede wszystkim jako narzędzie, które miało zapobiec gospodarczej i, co za tym idzie, politycznej dominacji zjednoczonych Niemiec w Europie. Jednocześnie miało jednak również bardziej globalną ambicję konkurowania z dolarem i zdobycia pozycji liczącej się światowej waluty.

Od samego początku plany te budziły wątpliwości Wielkiej Brytanii, a później także Szwecji i Danii, które wynegocjowały sobie różne wyjątki od kryteriów strefy euro. Nowe państwa członkowskie były jednak w innej sytuacji. Elity europejskie w ramach EWG a później UE, przyjęły w latach 90. następującą hierarchię priorytetów: najpierw „pogłębienie integracji“, a dopiero potem „rozszerzanie“ Unii. W rezultacie, rozszerzenie w roku 2004 odbyło się już na bazie „pogłębionej Unii“, bez względu na rzeczywistą sytuację gospodarczą nowych państw członkowskich. Ich pozycja w procesie akcesyjnym była tak słaba, że nie pozwoliły sobie nawet na głośne zastanawianie się nad tym, czy domagać się wyłączenia z euro. Rezultatem jest stan prawny, zgodnie z którym wszystkie te państwa (łącznie z Czechami i Polską), mają obowiązek przyjęcia w bliżej nieokreślonej przyszłości wspólnej waluty, czy też wdrożenia warunków ekonomicznych do jego przyjęcia.

Rzeczywisty stan gospodarek i różne poziomy zamożności nowych państw członkowskich nie ułatwiają im jednak przyjęcia wspólnej waluty. Siedem lat po rozszerzeniu euro przyjęto tylko w Estonii i Słowenii i to głównie z tego powodu, że chodzi o bardzo małe państwa, które są           w istotny sposób gospodarczo powiązane z Austrią i Finlandią, czyli krajami strefy euro. Spośród nowych państw członkowskich z postkomunistyczną przeszłością wspólną walutę przyjęła jeszcze tylko Słowacja, ale uczyniła to dla swoistego prestiżu, bez związku z rzeczywistą sytuacją gospodarczą. W pozostałych państwach członkowskich przyjęcie euro raczej się oddala, ponieważ nie spełniają tzw. kryteriów konwergencji z Maastricht. Istotne jest również to, że same państwa przestają być zainteresowane przyjęciem euro, ponieważ ich własne waluty – szczególnie w przypadku Czech i Polski – sprawdzają się dobrze.

 

Argumenty ekonomiczne przeciwko przyjęciu euro przez Czechy i Polskę

 

Kluczowy dla dalszego funkcjonowania i losu euro był kryzys gospodarczo-finansowy w latach 2008-2010. Aż do jego wybuchu euro odnosiło relatywne sukcesy, co przejawiało się np. niewielkimi różnicami w poziomie oprocentowania obligacji państw członkowskich należących do strefy euro. Pomimo to, w wielu aspektach potwierdzenie znajdowały argumenty krytyków, że strefa euro nie jest optymalnym obszarem walutowym i że w przyszłości jej funkcjonowanie będzie utrudnione. Było to najlepiej widoczne w nierównomiernym rozwoju inflacji i wzrostu gospodarczego wśród państw członkowskich, nawet jeśli Europejski Bank Centralny poprzez swoją politykę monetarną jako tako dawał sobie z tym radę.

Po wybuchu kryzysu sytuacja strefy euro szybko się pogorszyła. Premier Luksemburga Jean-Claude Juncker twierdził co prawda, że UE posiada lepsze regulacje niż USA, a zatem że Europa uniknie kryzysu, jego proroctwo się jednak nie spełniło. Przeciwnie, wydaje się, że skutki kryzysu są już teraz większe i powazniejsze dla UE niż dla USA. Najwyższą cenę zapłaciły te kraje UE, które od dłuższego czasu prowadziły niegospodarną politykę finansową, na przykład Węgry i Łotwa, a później też państwa samej strefy euro: Grecja, Irlandia, Portugalia, ale również Hiszpania, Włochy czy Belgia.

Taki rozwój sytuacji doprowadził do bezprecedensowego zachowania Europejskiego Banku Centralnego, który przy pomocy niestandardowych operacji na rynkach finansowych próbował (i wciąż próbuje) uratować euro jako funkcjonalną walutę. Na płaszczyźnie politycznej zostało przy tym przyznane, że Traktat Lizboński nie jest w stanie dostarczyć prawnej podstawy dla jakiegokolwiek „europejskiego“ rozwiązania tego kryzysu; według niekórych interpretacji traktat wręcz uniemożliwia udzielanie ponadnarodowej pomocy finansowej dla bankrutujących państw. Wlasnie dlatego natychmiast rozpoczęto nowelizację Traktatu, która ma umożliwić takie działania w przyszłości. Doszło rownież do porozumienia co do dwóch planów ratunkowych. Pierwszy został przyjęty na wiosnę 2010 dla Grecji, jako tymczasowy mechanizm obronny (EFSF), drugi pojawił się na wiosnę 2011 i ma mieć trwały charakter tak zwanego ESM.

U podstaw „planów ratunkowych“ dla strefy euro leży przekonanie politycznych i ekonomicznych elit europejskich, że nie można dopuścić do bankructwa kraju będącego członkiem wspólnej strefy walutowej, a także lęk przed sytuacją, w której jakiś kraj strefy euro jest „leczony“ według zasad zdominowanego przez USA Międzynarodowego Funduszu Walutowego. UE „sama“ chciała rozwiązać swoje problemy.    Z tą intencją zostały powołane fundusze, które gromadzą wolne pieniądze w kwotach sięgających setek miliardów euro i udostepniają je w sytuacji, w której rynki finansowe nie chcą już dalej (na zwykłych warunkach) udzielać pożyczek bankrutującym krajom strefy euro.

Oznacza to, że państwa członkowskie strefy euro muszą wpłacić w konkretnym terminie określoną sumę na odpowiedni fundusz – i zobowiązać się do dalszych wpłat w razie potrzeby. Taki system jest, co zrozumiałe, przedmiotem krytyki, ponieważ wszystkie państwa strefy euro i w ogóle UE są zadłużone, i muszą przede wszystkim spłacać własne długi. Zamiast tego muszą się teraz zadłużyć jeszcze bardziej i mieć nadzieję, że bankrutujące państwa (Grecja, Irlandia, teraz Portugalia) w końcu jakoś spłacą swoją „pożyczkę ratunkową“.

Opisane wyżej działania całkowicie zmieniły charakter euro jako samodzielnej waluty. W ciągu pierwszej dekady jej funkcjonowania okazało się, że jakiekolwiek reguły są tylko świstkami papieru, których nikt nie traktuje poważnie. Najlepiej świadczy o tym fakt, że obecnie kryteria konwergencji określone w Maastricht spełnia ze wszystkich krajów UE tylko Luksemburg.

Dobrze uświadomić sobie, że zarówno Czechy, jak i Polska wciąż znajdują się w relatywnie dobrej sytuacji. Całkowite zadłużenie tych państw jest niższe niż w przypadku zdecydowanej większości krajów Europy Zachodniej. Jesli chodzi o Polskę, trzeba również dodać, że jest ona jedynym krajem całej UE, w którym nie zanotowano spadku PKB w trakcie kryzysu gospodarczo-finansowego. Co logiczne, oba państwa powinny postawić sobie zatem pytanie, czy euro jest walutą wiarygodną i czy nie byłoby lepiej pozostać przy własnej walucie.

W mojej opinii, Czechy już teraz dysponują jasną odpowiedzią na to pytanie. Rząd Nečasa oznajmił, że przed rokiem 2014 nie ogłosi daty przyjęcia euro (ponieważ nie spełniamy kryteriów z Maastricht). Czeski rząd nie przyłączył się również do ani jednego z planów ratunkowych strefy euro i nie miał żadnego swojego wkładu w nowo powstałe fundusze. W przypadku Polski sytuacja jest nieco inna. Rząd Tuska, w odróżnieniu od rządu czeskiego, z jednej strony zdecydował się przystąpić do trwałego mechanizmu ratunkowego strefy euro (ESM), z drugiej strony jednak odsuwa w czasie termin przyjęcia wspólnej waluty.

 

Argumenty prawne przeciwko przyjęciu euro w Czechach i w Polsce

 

Sytuacja prawna Polski i Czech w kwestii euro jest w miarę jasna. Zgodnie z traktatami akcesyjnymi, oba państwa mają obowiązek je przyjąć; powinny wypełniać kryteria konwergencji z Maastricht i przygotowywać się instytucjonalnie na przyjęcie wspólnej waluty. Stan faktyczny bardzo się jednak różni od tej wizji. Przede wszystkim, doszło do istotnej zmiany podejścia po stronie samych państw strefy euro. Mam na myśli przede wszystkim fakt, że naruszane są praktycznie wszystkie zasady odpowiedzialnej polityki finansowej państw członkowskich tej strefy. Co prawda istnieją odpowiednie zapisy prawne, ale nie są w żaden sposób egzekwowane (a jesli tak, to w bardzo selektywny sposób). Dobrze widać to na przykładzie kryteriów konwergencji z Maastricht i Paktu Stabilizacji i Rozwoju. Niemniej jednak od nowych państw członkowskich (jeżeli aspirują do członkowstwa w sferze euro) wymaga się dotrzymywania tych zasad. Bardzo trudno jest dobrowolnie zaakceptować tak niejasną sytuację prawną.

Problematyczne jest również powstanie tzw. mechanizmów ochronnych, które zasadniczo zmieniają charakter strefy euro. Pierwotnie w ogóle nie miało dochodzić do ratowania bankrutujących państw członkowskich. Tego rodzaju pomoc była wprost zabroniona, teraz jednak jest uskuteczniana w dość masowej skali i to zarówno na płaszczyźnie prawnej, jak i ekonomicznej. Cały proces opiera się na dążeniu do dalszej radykalnej centralizacji podejmowania decyzji w UE, w sektorach do tej pory zarezerwowanych dla państw członkowskich, na przykład w dziedzinie podatków. Bankrutujące państwa mają się stać swego rodzaju niesamodzielnymi „protektoratami“, którym Bruksela będzie narzucać reguły poprawnego zachowania w zamian za ratunek finansowy. Czy państwa te będą wówczas prowadzic bardziej odpowiedzialną politykę gospodarczą? Nie sądzę. Wręcz przeciwnie, będzie dochodziło do znaczącego rozszerzania się zjawiska tzw. moralnego hazardu.

Co więcej, już teraz jest jasne, że nawet dotychczasowe mechanizmy ochronne nie będą ostatecznie w stanie pokryć długów, które zaciągnęła Grecja i inne państwa strefy euro. W przewidywalnej przyszłości będzie musiało dojść do przynajmniej częściowej ich restrukturyzacji. Taki rozwój sytuacji doprowadzi do rozchwiania europejskiego sektoru bankowego, ponieważ właścicielami greckich, irlandzkich, portugalskich i innych obligacji państwowych bankrutujących krajów są główne banki europejskie. Organizowane niedawno przez Europejski Bank Centralny i Komisję Europejską stress testy nie wypadły przy tym dla nich zbyt pozytywnie. Odpisanie greckiego długu może wyrządzić dosć duże szkody szczególnie bankom niemieckim i francuskim. Jakie będzie to miało konsekwencje dla stabilności i wiarygodnosci euro, jest, jak sądzę, oczywiste.

 

Zakończenie

 

Z powyższego opisu wynika jasno, że sytuacja w strefie euro jest obecnie bardzo niestabilna i że stan ten będzie utrzymywać się jeszcze przez dość długi czas. W tej sytuacji wejście Polski i Czech do strefy wspólnej waluty byłoby błędem. Czechy i Polska, dzięki koronie i złotemu, są relatywnie dobrze chronione przed negatywnymi następstwami kryzysu gospodarczo-finansowego. Z kolei szybkie przyjęcie euro nastychmiast sprowadziłoby na oba kraje duże problemy, które obecnie trapią państwa objęte unią walutową, łącznie z koniecznością przeznaczenia dużych kwot pieniężnych na uratowanie Grecji, Irlandii, Portugalii i być może też innych państw.

Niezależna polityka walutowa umożliwia Czechom i Polsce elastyczne reagowanie na sytuację ekonomiczną w Europie i na świecie i jest dobrym narzędziem realizowania własnych interesów. Przyjęcie euro oznaczałoby, że oba kraje będą musiały poddać się polityce walutowej dyktowanej z Frankfurtu (tam znajduje się siedziba Europejskiego Bankui Centralnego – przyp. Autora) i tworzonej przede wszystkim „pod“ Niemcy i Francję. Taka polityka walutowa nie musí być jednak zgodna z interesami Czech i Polski. Znaleźlibyśmy się w takiej samej pułapce, w jakiej teraz jest Portugalia. Nie moglibyśmy w razie konieczności przeprowadzić dewaluacji i wesprzeć w ten sposób nasze zorientowanych na eksport gospodarek.

Z tych powodów jestem przekonany o tym, że ani Czechy, ani Polska w przewidywalnej przyszłości we własnym interesie nie przystąpią do strefy euro. Również opinia publiczna w obu państwach jest dobrze świadoma tych faktów i nie chce przyjęcia wspólnej waluty.

 

Autor jest członkiem Parlamentu Europejskiego z ramienia ODS

 

Tłumaczenie: Stanisław Ruczaj

Wyświetl PDF