Media i polityka – 20 lat później


Trudno wyobrazić sobie polską politykę bez mediów. I media bez polityki. Nie tylko dlatego, że medium (czytaj: pośrednik) jest instrumentem komunikacji między politykami, a społeczeństwem. Ostatnie dwudziestolecie w Polsce to czas emancypacji środków masowego przekazu. Media, zamiast pełnić rolę pośrednika, tworzyć przestrzeń debaty, stały się faktyczną czwartą władzą, uczestnikiem politycznych rozgrywek, co najmniej równie istotnym, jak partie polityczne. Dodajmy, władzą szczególną, bo przez nikogo niewybieraną i niekontrolowaną, za to ustalającą agendę wszystkim pozostałym władzom. Na ile skutecznie – to już kwestia do dyskusji. Zdaniem jednych, na tyle skutecznie, że początek XXI wieku można nazwać okresem mediokracji, bo dziś już nie politycy, a wydawcy i nadawcy narzucają ludziom hierarchię ważności poszczególnych tematów, własny język i „standardy” komunikacyjne oraz kryteria oceny. Zdaniem innych, media są w Polsce władzą pozorną, bo stwarzają jedynie iluzję własnej potęgi. Koronnym argumentem są żałosne losy kolejnych mutacji partii warszawsko-krakowskiego salonu (Unii Demokratycznej), otwarcie wspieranej przez Agorę, najpotężniejszy koncern medialny nad Wisłą. No i fenomen politycznego sukcesu Prawa i Spra­wiedliwości, partii „tępionej” przez praktycznie wszystkie media elektroniczne i zdecydowaną większość mediów drukowanych. Tyle, że historia PiS może służyć za przykład zarówno jednym, jak i drugim, bowiem partia ta wygrała wybory w 2005 roku niejako wbrew mediom, ale i za sprawą mediów została od władzy odsunięta dwa lata później. Zanim przesądzimy, kto ma rację, cofnijmy się do czasu narodzin wolnych mediów w wolnej Polsce.

Jak kształtował się „wolny rynek”

Akuszerem tych narodzin byli właśnie politycy, choć na początku, przez krótki czas, kształtowanie się rynku mediów miało charakter spontaniczny. Co prawda start „Gazety Wyborczej” był rezultatem politycznego uzgodnienia na najwyższych szczeblach, ale w Krakowie, Gdańsku czy Poznaniu niezależne inicjatywy wydawnicze drugiego obiegu w sposób naturalny szukały warunków, by zyskać możliwość swobodnego działania. Środowisko krakowskiej Arki zaczęło wydawać „Czas”, na wybrzeżu pojawiła się „Gazeta Gdańska”, Mirosław Chojecki ruszył z pracami nad uruchomieniem telewizji, trudno było zliczyć lokalne projekty radiowe. Panowało przekonanie, że dotychczasowy kształt rynku mediów, zaprojektowany na ideologiczne potrzeby komunistów, powinien zostać zastąpiony przez zupełnie nowy ład. Dlatego niezależne inicjatywy, jak za komuny, powstawały równolegle do instytucji państwowych, wykorzystując wolność rynkową. Nie upominano się o dotacje, nie szturmowano partyjnych wydawnictw. Działało jeszcze przyzwyczajenie do trudnych warunków konspiracyjnych, na pewno swoistym „dopalaczem” była możliwość funkcjonowania w zupełnie innej skali. Nie myślano w tych środowiskach o rozwiązaniach systemowych, co później okazało się błędem. Zakładano, że „nasi” politycy nie marzą o niczym innym, jak o przecieraniu prawnych i administracyjnych ścieżek dla bujnego rozkwitu niezależnych mediów. Tymczasem szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał, politycy postawili na media zależne. Od siebie. I zaczęli zaprowadzać własne porządki.

Poligonem doświadczalnym stał się proces likwidacji Robotniczej Spółdzielni Wydawniczej Prasa-Książka-Ruch, przeprowadzony pod hasłami uwłaszczenia pracujących tam dziennikarzy (skupionych w redakcyjnych spółdzielniach). Likwidatorzy, reprezentujący powstające wówczas partie polityczne, potrzebowali prostego alibi: w rzeczywistości chodziło o obdarowywanie tytułami prasowymi różnych środowisk, o których wówczas sądzono, że stanowią trwały element sceny politycznej. Fatalnym pociągnięciem była utrata możliwości faktycznego wspierania niezależnych inicjatyw na rzecz wpuszczenia „tylnymi drzwiami”, bez warunków wstępnych i ograniczeń, zachodnich koncernów medialnych. Obdarowywano bowiem majątkiem spółdzielnie dziennikarskie, o których z góry wiadomo było, że nie są w stanie same wydawać otrzymanych tytułów. Zabrakło wyobraźni, choć można było przewidzieć, że praktycznie każda z nich będzie musiała pozyskać inwestora, czyli mówiąc prosto z mostu – sprzedać (dalej) tytuł. Na ten wtórny obrót ani Komisja Likwidacyjna, ani polityczni promotorzy całej operacji nie mieli już żadnego wpływu. Co więcej, wprowadzenie efemerycznego tworu – jakim w większości okazały się spółdzielnie dziennikarskie – między państwo a faktycznego nabywcę konkretnych tytułów, uniemożliwiło prywatyzację według cywilizowanych zasad. Chodzi nie tyle o cenę, co pewną formę offsetu. O zobowiązanie dysponujących potężnymi aktywami koncernów – na przykład – do współfinansowania wydawnictw istotnych dla kultury narodowej i wspierania budowy społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. O wprowadzenie zapisów uniemożliwiających koncentrację, czyli realizację projektów w rodzaju „Polska. The Times”, które w praktyce oznaczały utratę tożsamości dzienników regionalnych i tygodników lokalnych. Tymczasem przez pierwszych pięć lat istnienia III RP nikt z władz publicznych nie interesował się tym, kto i co kupuje na rynku mediów, ani co z tym robi. Pierwsza poważna debata parlamentarna na ten temat odbyła się w 1995 roku, gdy karty już dawno były rozdane.

Prawdziwe porządkowanie rynku prasowego w Polsce dokonało się zatem „z drugiej ręki”. Państwo bardzo szybko straciło kontrolę nad całym procesem, ale zachowali ją poszczególni politycy. To minister rządu Jana Krzysztofa Bieleckiego pozwolił Robertowi Hersantowi nie tylko na zakup kolejnych dzienników regionalnych, ale także drukarni. Ta pozornie tylko administracyjna decyzja oznaczała wyrok na niezależne inicjatywy wydawnicze w Gdańsku i Krakowie, gdzie sprzedane koncernowi zakłady miały monopol na druk. O cenie krytycznie wypowiedział się NIK, o politycznych okolicznościach ówczesnych transakcji wciąż wiemy niewiele.

To prawda, że obcy wydawcy raczej nie zgłaszali ambicji uczestniczenia w naszej medialnej grze politycznej. W latach 90-tych koncesja, jaką płacili politykom, polegała zazwyczaj na zatwierdzeniu podsuniętej im nominacji dla naczelnego, bliskiego tej czy innej opcji. Pilnowano równocześnie, by media zbyt mocno nie uwierały władzy, od której wtedy wydawcy byli w dużo większym stopniu uzależnieni, niż obecnie. Wystarczy przypomnieć wiernopoddańczy list właściciela Neue Passauer Presse (i połowy dzienników regionalnych) do Aleksandra Kwaśniewskiego. Jeśli dodamy do tego praktyczny monopol ideowy środowiska „Gazety Wyborczej” na rynku dzienników ogólnopolskich
i tygodników, widać jak daleką drogę przeszły w tamtej dekadzie polskie media. Na początku był wysyp niezależnych inicjatyw, sto ideowych kwiatów, pisma grupujące ludzi z bardzo różnym pomysłem na Polskę, na końcu tekst „Wakacje z agentem” i zdjęcia chwiejącego się prezydenta nad grobami w Charkowie, których długo nikt nie chciał pokazać publicznie.

Prawdziwą ceną za oddanie dużym koncernom całkowitej władzy nad regionalnymi gazetami i lokalnymi tygodnikami była całkowita homogenizacja formy i komercjalizacja ich treści. Dzienniki, które na początku lat 90. stanowiły niezwykle ważne forum budowania społeczeństwa obywatelskiego, działając w nowych realiach ekonomicznych wycofały się prawie wyłącznie na pozycję dostarczycieli strawnie podanej informacji i rozrywki. Zanikało dziennikarstwo śledcze i edukacyjne. Mediom przestało chodzić o coś więcej, niż zabawianie czytelnika. Wraz z rewolucją technologiczną wydawcy zaszczepili redakcjom sprawdzony w innych krajach „know-how”, dotyczący nie tylko układu stron, czy rodzaju ilustrowania, ale także sposobu pisania i podejścia do tematów. Przez wiele lat politykom taki krajobraz medialny bardzo odpowiadał. Znów brakło im wyobraźni, by przewidzieć, że w momencie, gdy polski kapitalizm przestanie być koncesjonowany politycznie, koncerny medialne nie tylko wymkną się im spod jakiejkolwiek kontroli, ale zaczną wykorzystywać swój potencjał do prowadzenia własnej polityki.

Najciekawiej za kulisami

Podobny proces dokonał się na rynku mediów elektronicznych. Do fatalnie przeprowadzonej parcelacji majątku RSW dodać można zatrucie polityczną toksyną mediów publicznych i nietransparentne przeprowadzenie procesu koncesyjnego. Dwie decyzje, całkowicie polityczne, nieuzasadnione ani merytorycznie, ani biznesowo, ustawiły na całe dekady rynek telewizyjny w Polsce. Pierwszą było ustalenie takiej, a nie innej procedury wyłaniania władz mediów publicznych. Drugą – przyznanie ogólnopolskich koncesji telewizji Polsat i koncernowi ITI. Obie firmy znakomicie wykorzystały daną im szansę, co nie zmienia faktu, że (podobnie jak w przypadku Agory) szansę tę otrzymały na polityczny kredyt.

Relacje zarówno Polsatu jak i ITI ze światem polityki od początku były niejednoznaczne. Na tyle, że nawet po 10 latach ich drążenie przez inne media jest blokowane sądowo. To zresztą dość powszechny wśród medialnych hegemonów obyczaj (Adam Michnik nieustannie procesuje się ze swymi adwersarzami), wiele mówiący o stanie debaty publicznej w Polsce, w 20 lat po odzyskaniu niepodległości. Brak transparentności na linii polityka – media elektroniczne nie wiąże się jedynie z tajemniczymi okolicznościami procesu koncesyjnego. Nawet nie wnikając w genezę przyczyn, dla których to nie Mirosław Chojecki czy Marian Terlecki, ale Zygmunt Solorz i Mariusz Walter otrzymali od polityków władzę medialną w kraju, nawet zakładając, że wygrali po prostu najlepsi, trudno pozbyć się wrażenia, że najciekawsze rzeczy działy się gdzieś za kulisami. I to w sposób daleko bardziej dyskretny, niż w przypadku układów czysto politycznych. Każde dziecko (jeśli sięgało po odpowiednie lektury) wie dziś, który z polityków, z kim, kiedy i za jaką cenę paktował w III RP (czasem i w trakcie nocnej zmiany). Ale nawet bardzo doświadczeni analitycy mają problem z dokładnym opisem fenomenu, jakim była pod koniec lat 90. PPP, czyli Polska Partia Polsatu (to oczywiście termin czysto publicystyczny, modny w tamtym okresie). Wiadomo tylko, że Zygmunt Solorz utrzymywał bardzo dobre relacje ze sporą grupą parlamentarzystów ze wszystkich obozów politycznych. Nie wiadomo, co konkretnie z tego wynikało. Na ile niezwykła skuteczność i powodzenie praktycznie wszystkich jego biznesowych projektów (także tych bardzo dalekich od sfery medialnej) miały z tymi relacjami związek, a na ile były wynikiem jego geniuszu. Podobne pytania były i wciąż są stawiane w przypadku koncernu ITI, choć tu mieliśmy do czynienia z bardziej wąskosektorową działalnością (w wielu miejscach także jednak wykraczającą poza rynek medialny).

Na pewno nie jest tak, że Polsat czy TVN w jakimkolwiek momencie działały według prostych politycznych instrukcji – jak to się wielokrotnie zdarzało w TVP. A w każdym razie nikt nikogo nie schwytał na gorącym uczynku. W czasie trwania rządu PiS środowisko dziennikarskie głośno oskarżało Zygmunta Solorza o „wypchnięcie” ze swojej stacji Tomasza Lisa, ze względu na jego zaangażowanie w zwalczanie projektu IV RP. Sam zainteresowany (TL) dyskretnie potwierdzał, oficjalnie nie zaprzeczał. Z drugiej strony Polsat nigdy nie odgrywał w Polsce tak znaczącej roli w kształtowaniu opinii publicznej, jak TVN czy TVP, był i jest postrzegany jako stacja czysto komercyjna, rozrywkowo-filmowa. Choćby z tego względu, gwałtowne zaangażowanie po jednej ze stron politycznej wojny, jaka w tym czasie wybuchła w Polsce, nie leżało ani w profilu stacji, ani w interesie Zygmunta Solorza. Jeśli faktycznie chciał się autora „Pisneylandu” pozbyć, to decyzję tę należy oceniać w kategoriach czysto biznesowych. Jak zresztą wszystkie podobne sytuacje dotyczące relacji koncernów medialnych z politykami III RP. W końcu ich (koncernów) priorytety w oczywisty sposób były i są związane z gwarantowaniem otoczenia politycznego jak najbardziej sprzyjającego prowadzeniu działalności gospodarczej. Zygmunt Solorz osiągnął w tej dziedzinie prawdziwe mistrzostwo. W przypadku ITI nie udało się uzyskać całkowitej równowagi. TVN został bowiem – po klęsce wyborczej PiS w 2007 roku – jednoznacznie zaliczony przez Jarosława Kaczyńskiego do wrogiego obozu politycznego. Nie wynikało to jednak z jakiegoś specjalnego zaangażowania dziennikarzy tej stacji w wojnę z PiS (jak to było w przypadku Tomasza Lisa). Po prostu sposób relacjonowania polityki w TVN był (i jest) klasyczną mieszanką mainstreamowego, liberalnego punktu widzenia z politycznym kabaretem.

Narodziny mediokracji

Prawdziwą rewolucją – wprowadzoną właśnie na antenie TVN – było zastosowanie do programów informacyjnych i publicystycznych kryteriów stosowanych dotąd przy produkcji programów rozrywkowych czy sensacyjnych. Od pojawienia się infotainmentu nic już w mediach nie jest takie, jak kiedyś. Wydawca stał się kreatorem rzeczywistości, reporter został także lektorem i komentatorem newsów własnego autorstwa, zaś neutralny język sprawozdawcy wydarzeń został zastąpiony u niego przez język felietonisty: subiektywny, emocjonalny, a nierzadko także moralizatorski lub prześmiewczy. W infozrywce mamy do czynienia z zakłóceniem klasycznej hierarchii ważności. Nie decyduje o niej wyłącznie ranga wydarzenia, waga konkretnego, opisywanego przypadku, czy powaga osoby. Każde zdarzenie musi co najmniej w równej mierze mieć w sobie intrygujący element, a każda postać coś przykuwającego uwagę. Jeśli będzie inaczej, infozrywkowy widz może zacząć się nudzić, a to odbija się natychmiast na wynikach oglądalności. Skutek: serwis infozrywkowy ma mniej – niż klasyczny – tematów zagranicznych, mniej wiadomości dotyczących ustaw, rozporządzeń, ekonomii czy polityki społecznej. Te kwestie, choć często bardzo istotne dla ludzi, trudno jest sprzedać w sposób atrakcyjny i błyskotliwy. Tekst staje się coraz częściej służebny wobec obrazu, a treść wobec formy. Gdy forma dominuje, pojawia się coraz silniejsza pokusa kreacji, zaś układanie szpigla zamienia się w pisanie scenariusza widowiska infozrywkowego. Coraz mniej chodzi w nim o dociekanie prawdy, coraz bardziej o oglądalność – a przecież kategoria prawdy ma w programach informacyjnych znaczenie kluczowe. W rozrywce, owszem, jest bez znaczenia. Coraz głośniej i odważniej powtarzana jest teza, że w mediach nie ma kategorii prawdy, jest kategoria newsa. Wszystko wskazuje na to, że polityk – jako nadawca komunikatu, który powinien dotrzeć do obywatela – uznał, że nie ma innego wyjścia, jak zaakceptować „medialność” jako podstawową regułę.

Dziś debata publiczna nie jest już relacjonowana w tabloidowym stylu. Ona jest przez medialny, totalny tabloid organizowana, a wszyscy aktorzy sceny publicznej znakomicie się w tej sytuacji odnajdują. Mediokracja nie polega na tym, że nadawcy czy publicyści mają w Polsce większą realną władzę niż politycy, ale na tym, że to rozrywkowe media ustalają reguły gry w sferze publicznej. Politycy łatwo zgodzili się, by „czerwone paski” telewizji informacyjnych ustalały im zarówno agendę działań, jak i hierarchię ważności podejmowanych tematów. Dali sobie narzucić ów barwny język i efekciarski styl.

Podkreślmy: mediokracja, to nie władza mediów, ale władza pewnej konwencji. Politycy chętnie zgadzają się grać w widowisku, którego scenariusz piszą rozrywkowe media, bo to niewiele kosztuje (na pewno mniej niż zmaganie się z realnymi problemami). Zwłaszcza, że często sami owe scenariusze niezwykle sprawnie i dyskretnie inspirują. Można nawet zaryzykować tezę, że spindoktorzy głównych partii doszli w tej inspiracji do swoistej perfekcji. Że to nie gwiazdy rodzimej publicystyki i łowcy newsów, ale pracujący gdzieś w zaciszach gabinetów skromni scenarzyści „amatorzy” decydują o tym, czy będziemy w najbliższych dniach oglądać polityczny western, komedię czy dramat obyczajowy. Albowiem dziś to nie sprawne zarządzanie kapitałem gospodarczym, zasobami ludzkimi i potencjałem społecznym, ale ciekawa narracja decyduje o sukcesie partii rządzącej.

Politycy nie są zatem w najmniejszym stopniu ofiarami, a raczej beneficjantami mediokracji. Dobrze dzięki niej żyją też media elektroniczne. Zajmowanie się polityką online, to z jednej strony zajęcie kaskaderskie, ale z drugiej – prosta piłka. Mamy tu do czynienia z niewątpliwą wspólnotą interesu, sprzężeniem zwrotnym. Im więcej czystej formy i pozorowanej treści, czyli skupiania się na tym, co kto powiedział, a jak ktoś inny na to zareagował, kto kogo dziś obraził, a kto z kim się nie spotkał, tym dalej od ciężkiej, dziennikarskiej roboty. Można oczywiście robić inne niż tabloidowe telewizje (radia, portale) informacyjne, ale to wymaga tytanicznej pracy i wielkich nakładów. A co najgorsze, wiąże się z gwarantowanym spadkiem oglądalności. Rzeczywistość jest bowiem skomplikowana i nudna, a publika niecierpliwa.

Tabloidowi stali się również poważni niegdyś publicyści, choć z zupełnie innych powodów. Jeśli idzie się na wojnę, to emocje są zawsze lepszym orężem, niż rzetelna, chłodna analiza. A poważne dotąd media poszły w pewnym momencie na wojnę z IV RP. Zupełnie jak w pierwszych latach III RP, gdy ogłoszono świętą wojnę z polskim ciemnogrodem. I wtedy, i 15 lat później, grano ostro i tabloidowo, na skrajnych emocjach. Na zmianę straszono i ośmieszano, bo to jedyne dwa tony budzące prawdziwe emocje. Oba mocne, efektowne, ale nienajlepiej współbrzmiące. Trudno bowiem straszyć kimś, kto jest zarazem żałosny i śmieszny. Zwłaszcza, gdy brak twardych dowodów na istnienie realnego zagrożenia. To problem, który sprawia, że spora grupa polskich publicystów w 2009 roku stała się zakładnikami tabloidowej konwencji. Co można było robić, gdy sądy wydawały kolejne wyroki obnażające słabość wysuwanych pod adresem rządu PiS oskarżeń o niedemokratyczne działania? Zweryfikować stawiane w histerycznym tonie tezy lub nadal uderzać w te same tony. Wybór został dokonany. I czytaliśmy w „Polityce”, „Newsweeku” czy „Gazecie Wyborczej”, że sądy sądami, ale przecież wszyscy wiemy (i pamiętamy), jak to w Pisneylandzie było naprawdę.

Zatem ani politycy, ani media (w swej masie) nie są zainteresowane zmianą konwencji, w jakiej wspólnie organizują nam publiczną debatę. Obrona status quo jednoczy ludzi z bardzo różnych stron. Polityków, nadawców i wydawców. Wystarczy przypomnieć jednobrzmiący chór prześmiewców komentujących obywatelski projekt ustawy przeciw przemocy w mediach. Setki tysięcy podpisów zebranych na początku tej dekady i wsparcie ekspertów nikogo nie przekonały. Podobnie jak profesjonalnie zorganizowane konferencje kolejnych Rzeczników Praw Obywatelskich, na których pokazywano rozwiązania stosowane w innych krajach UE. Nie przekonały, bo też nikt nie miał zamiaru słuchać o jakichkolwiek ograniczeniach. Wolność słowa stała się fetyszem. W jej obronie (przed kim?) organizowano spektakularne akcje. Obrona ludzi ranionych przez media nie była przez całą minioną dekadę tematem traktowanym poważnie ani przez nadawców, ani przez polityków. W tej sferze możemy śmiało przyznać sobie status barbarzyńców w porównaniu z liberalnym zachodem.

Interesu obywateli nie ma kto w tej sytuacji bronić. Nieustannie kwestionowany jest mandat (o autorytecie trudno mówić) stowarzyszeń dziennikarskich, twórczych, obywatelskich, wypowiadających się krytycznie o stanie mediów i debaty publicznej. Prawdziwą histerią powitano projekt stworzenia przy współpracy państwa instytucji monitorującej media. Pomysł, który pojawił się w czasie, gdy rządził PiS (choć nie wyszedł od polityków tej partii), uznano za klasyczny przykład zamachu na wolność prasy. Chętnie odwoływano się przy tym do widzów i czytelników, jako jedynej instancji mającej prawo oceniać co jest zgodne ze standardami, a co nie. Problem w tym, że media wiedzą o oceniających coraz więcej, zaś oceniający o mediach wręcz przeciwnie. Coraz mniej transparentna staje się ich struktura właścicielska, coraz luźniejszy jest związek pomiędzy tym, co ludzie chcą oglądać i czytać, a tym, co im się serwuje. Zwłaszcza, gdy chodzi o publiczność za młodą lub za starą, by mieścić się w interesującym reklamodawców targecie.

Publiczny, czyli patologiczny

Odmienny sposób relacji między politykami a mediami miał miejsce w przypadku mediów publicznych. W ciągu minionych 20 lat, przynajmniej wizerunkowo, praktycznie nigdy nie były uznawane za niezależne. Nigdy nie były tak traktowane przez polityków, uważających – jak za komuny – że TVP i PR powinny być pasem transmisyjnym od władzy do mas. W warunkach komercyjnego otoczenia tego typu praktyki były bezwzględnie obnażane za rządów wszystkich kolejnych ekip, co obniżało zarówno prestiż mediów, jak i wiarygodność polityków.

Paradoks polega na tym, że to nie wyborcom, a władzy najbardziej powinno zależeć na uzyskaniu niezależnego certyfikatu wiarygodności. Wspieranie niezależnych mediów daje władzy publicznej większą korzyść niż najskuteczniejsza propaganda. Wiarygodności się nie kupi ani nie wymusi, można ją uzyskać tylko poprzez stały, publiczny osąd, dokonywany w faktycznie niezależnych mediach. I tylko poprzez tego typu dialog z obywatelami można uniknąć alienacji – stanowiącej początek końca każdej władzy. Niestety, tego typu rozumowanie nie było w stanie przełamać pokusy wykorzystywania publicznych pieniędzy dla promowania własnych barw politycznych.

Pokusa była tym silniejsza, że sama konstrukcja prawna mediów publicznych, obowiązująca przez dwie dekady, stwarzała politykom idealne warunki do ręcznego sterowania. Krajowa Rada Radiofonii i Telewizji (powołująca rady nadzorcze, wyłaniające zarządy) jest wszak odwzorowaniem sceny politycznej. O jej składzie decyduje większość parlamentarna. Fakt, że w różnym czasie kończyły się kadencje poszczególnych członków niewiele tu zmieniał. Jedynie długość tych kadencji sprawiała, że kilkakrotnie mieliśmy do czynienia z sytuacją, gdy mediami publicznymi rządzili ludzie z nadania polityków będących akurat w opozycji. I tak zarząd TVP kierowany przez Wiesława Walendziaka działał w trakcie rządów SLD, zaś telewizja Roberta Kwiatkowskiego atakowała rząd Jerzego Buzka. Tamten czas słusznie zresztą uchodzi za szczególny przykład patologii w funkcjonowaniu mediów publicznych. Nieprzypadkowo to właśnie prezesa TVP sejmowa speckomisja zaliczyła do grona „grupy trzymającej władzę”, stanowiącej zresztą jedyny w swoim rodzaju konglomerat omnipotencji zarówno politycznej, jak i medialnej. Transmitowane przez media elektroniczne posiedzenia komisji badającej tzw. „aferę Rywina” były przełomowe w tym sensie, że pokazały całą „kuchnię” funkcjonowania tego specyficznego układu.

Rząd PiS, który nastał po części dzięki powszechnej woli rozbicia tego układu, nigdy nie pozbył się ograniczonego zaufania do niezależności dziennikarzy. Nawet tych, którzy ideowo bliscy byli tej partii. Przekonał się o tym Bronisław Wildstein, którego misja w TVP została w sposób gwałtowny przerwana. Za prezesury Andrzeja Urbańskiego postawiono na dziennikarzy bardziej „otwartych” na sugestie polityków. W dodatku rada nadzorcza stała się miejscem kilku politycznych wolt, a w wyniku odwracania sojuszy na czele TVP stanęli ludzie reprezentujący polityczny folklor. Sytuację tę wykorzystał rząd PO, która programowo zawsze dążyła do osłabienia mediów publicznych. Rozpoczął się wielomiesięczny okres ich kontrolowanego (przez polityków) upadku.

W 20 lat po odzyskaniu niepodległości nastał czas, by zadać pytanie o to, jaki jest powód utrzymywania sprzecznej z zasadami wolnego rynku sytuacji nadzwyczajnego uprzywilejowania mediów publicznych. I w imię czego obywatele mają łożyć na ich funkcjonowanie. Z upływem lat i kolejnych kadencji władz TVP i PR, lista argumentów „za” wyraźnie się kurczy. Na przykład wymóg informowania o wydarzeniach w kraju i na świecie jest z powodzeniem wypełniany przez stacje komercyjne, w dodatku bez posądzania o uleganie politycznym naciskom. To TVN, a nie TVP uruchomił pierwszy telewizyjny kanał informacyjny (TOK FM zrobił to w eterze), prywatne stacje prześcigają się w pomysłach na publicystykę społeczną i polityczną. Spektakularne śledztwa dziennikarskie także są dziś głównie ich udziałem. Najlepszy dokument o narodzinach opozycji w PRL („Trzech kumpli”) powstał za pieniądze TVN. Wojna o transmisje sportowe jeszcze się toczy, ale jej wynik jest z góry przesądzony. Dobre dokumenty filmowe ogląda się teraz głównie w kanałach tematycznych. A kultura? Trudno czynić z niej publiczny sztandar, skoro ambitne kino i spektakle teatralne emitowane są w TVP w godzinach zarezerwowanych na sen.

Pozostaje jeszcze telewizyjny program lokalny i oferta regionalnych rozgłośni radiowych. I tu media publiczne być może nie notują zbyt wielkich osiągnięć, ale też nie mają żadnej alternatywy. To powinno dawać do myślenia, jeśli myśli się o przyszłości mediów publicznych. Ekspansja nadawców komercyjnych w polskich regionach ma praktycznie jeden scenariusz. Wykupić, sformatować, sieciować, czyli w praktyce pozbawić tożsamości. Radia lokalne wykupione (praktycznie do ostatniego) przez Agorę czy ZPR natychmiast tracą lokalność, stając się „muzakami”. Nie jest to kwestia złej woli lecz strategii rynkowej. Regionalny rynek reklam w Polsce jest bardzo płytki i długo takim pozostanie. Aby zatem utrzymać tu media, trzeba je łączyć w ogólnokrajową sieć. Nie tylko z powodów ekonomicznych. Lokalność zawsze jest „jakaś”, posiada pewne właściwości, język, kod kulturowy. A media komercyjne są ze swej istoty pozbawione właściwości, nastawione na uniwersalizm, prostotę (by nie rzec tabloidyzację) i homogenizację przekazu. A zatem to nie tylko kasa, ale sama natura takich mediów sprawia, że nigdy nie będą zainteresowane ekspansją regionalną.

Czarny scenariusz

Na czas jubileuszu przypadła gwałtowana zapaść rynku mediów drukowanych – i to w skali globalnej. W Polsce dołączył do tego upadek mediów publicznych. Tylko pierwsze z tych zjawisk spowodowane jest względami ekonomicznymi (gazety utrzymują się w 70 proc z wpływów reklamowych, a te załamały się na skutek kryzysu). Drugie ma charakter polityczny. Po wygraniu wyborów w 2007 roku PO od razu ogłosiła odejście od finansowania mediów publicznych z abonamentu. Ta deklaracja – choć do dziś niezrealizowana – spowodowała gwałtowny spadek i tak niewielkich wpływów abonamentowych, co doprowadziło na skraj bankructwa głównie radia regionalne i oddziały terenowe TV, zaś centrale obu spółek pogrążyło w kryzysie. Ludzie, na których spoczywa obowiązek zaprojektowania medialnego ładu, od dwóch lat nie potrafią tego zrobić, albo raczej nie chcą. Słabe, skompromitowane, uwikłane w wewnętrzne spory i kłopoty finansowe media publiczne nie sprawiają bowiem rządzącym jakiegoś realnego kłopotu. Mogą natomiast dostarczać prawdziwej satysfakcji, jako żywy dowód szkodnictwa i niekompetencji poprzedniej ekipy. A w końcu i tak, prędzej czy później, w tej czy innej formie, przy powszechnym westchnieniu ulgi trafią „we właściwe ręce”.

Misja mediów publicznych jest w tej sytuacji poważnie zagrożona, bowiem zaczyna się ona tam, gdzie kończy się interes prywatnego nadawcy. Nie ma więc co liczyć, że – zwłaszcza w realiach kryzysu finansowego – komercyjne media wezmą na siebie obowiązki, których i tak nigdy nie wypełniały. Chodzi nie tylko o sferę wysokiej kultury, ale także wszystko, co przyziemne. To na przykład sprawy lokalne, w sposób zasadniczy wpływające na życie obywateli. Kto je opisze i pokaże? Kto dostarczy Polakom nieczytającym gazet (czyli ogromnej większości) podstawowych informacji, gdy zabraknie mediów publicznych?

TVP i PR od lat źle wypełniają swoje funkcje nie dlatego, że są zarządzane przez kolejnych politycznych nominatów (zawsze tacy będą), ale dlatego, że przez system finansowania są zmuszane do powielania stylu działania i ramówek nadawców komercyjnych. Propozycje zawarte w kolejnych wetowanych sejmowych ustawach nie tylko tego nie zmieniają, ale praktycznie zrównują TVP i PR z innymi podmiotami działającymi na rynku (przy jednoczesnej zamianie politycznych nominacji na bezpośrednie, ręczne sterowanie z rządowych gabinetów).

Jan Rokita niezwykle trafnie porównał media publiczne w obecnym stanie do państw upadłych. Diagnoza to przygnębiająca, bo o ile politykom ta upadłość – jednak w dużym stopniu kontrolowana – jest na rękę, o tyle nam, obywatelom, wprost przeciwnie. Przy braku niezależnej, lokalnej prasy, upadek mediów publicznych w regionach oznacza, że stracimy możliwość komunikowania się, organizowania, utrwalania własnej tożsamości i kontroli poczynań władzy. Funkcje te tylko w ograniczonym zakresie jest w stanie przejąć Internet. Przy swej otwartości jest on zarazem mało wiarygodny i podatny na manipulację. Dziennikarstwo obywatelskie może być – i jest – cennym uzupełnieniem, nie zastąpi jednak dziennikarstwa zawodowego, opartego o instytucje zaufania publicznego, jakim są wolne media – tlen społeczeństwa obywatelskiego. Stoimy zatem wobec poważnego i mało uświadamianego zagrożenia: zniknięcia z przestrzeni publicznej tradycyjnych „środków społecznej komunikacji”. Ich miejsce zajmują media całkowicie uzależnione od rynku, nastawione na zysk, sprowadzone wyłącznie do roli dostarczyciela rozrywki.

 

Tekst ukazał się w książce Rzeczpospolita 1989-2009. Zwykłe państwo Polaków? (Kraków 2009, pod red. Jacka Kloczkowskiego)

Wyświetl PDF