Modernizacja kulturowa i jej skutki


Andrzej Waśko

Gdyby zwycięstwo wyborcze Platformy Obywatelskiej w roku 2007 porównać z mechanizmami, jakie wynosiły bądź utrzymywały przy władzy partie i polityków takich jak Tadeusz Mazowiecki, Hanna Suchocka, Leszek Balcerowicz czy Aleksander Kwaśniewski, to przy wielu oczywistych różnicach między PO a Unią Demokratyczną, łatwo jest zauważyć pewne ważne podobieństwo. Otóż partię Donalda Tuska poparła w roku 2007 większość interesującej się polityką inteligencji i przytłaczająca większość polskiego establishmentu kulturalnego. Właściwie tylko bardzo nieliczne rozstrzygnięcia w polskiej polityce po roku 1989 dokonały się na przekór tej grupie. Do tych niewielu wyjątków należą, przede wszystkim, utworzenie rządu Jana Olszewskiego w roku 1991 oraz zwycięstwa wyborcze Lecha i Jarosława Kaczyńskich w roku 2005. Poza tym siły, z którymi identyfikuje się liberalna inteligencja, w III Rzeczpospolitej dochodzą do władzy prawie stale, a stan ten media głównego nurtu przedstawiają społeczeństwu jako stan normalności.

Co zatem sprawia, że sztafeta formacji politycznych, do której należy Platforma, zawsze ma większość inteligentów po swojej stronie, a strona przeciwna z reguły natrafia wśród inteligencji na front odmowy? Z pewnością nie decyduje o tym jedna przyczyna. Ale spośród wszystkich czynników znanych, nieznanych i hipotetycznych, które można by tu wskazać, zasługuje na rozważenie jeden, widoczny zarówno w polskiej kulturze współczesnej, jak i różnego rodzaju deklaracjach politycznych. Czynnikiem tym jest polityczna absolutyzacja pojęcia „nowoczesności” pojawiająca się w postawach i wypowiedziach licznych polityków i komentatorów życia publicznego, utożsamiających się i aspirujących do reprezentowania inteligencji.

Przez absolutyzację nowoczesności rozumiem tu, po pierwsze, wyniesienie tego pojęcia do rzędu wartości najwyższych. Przez jego upolitycznienie rozumiem z kolei przesunięcie zakresu, w którym pojęcie to jest używane z kontekstu cywilizacyjno-technicznego w kontekst kulturowy – a już w szczególności w kontekst wyobrażeń o sytuacji społecznej i potrzebach Polski. To wynoszenie nowoczesności ponad wszystko, kładące zarazem akcent na modernizację kulturową – stylu życia, obyczajów, estetyki – przy traktowaniu modernizacji technologicznej i infrastrukturalnej państwa jako zadania wręcz wtórnego jest specyficzną cechą myślenia polskiej inteligencji liberalnej, zakorzenioną w dominującym nurcie kultury polskiej XX wieku. I Platforma Obywatelska zdobywa popularność dlatego, że szczerze, nieświadomie, więc tym bardziej wiarygodnie, całym swoim przekazem odwołuje się do wszystkich głównych stereotypów kultury XX wieku, w tym na pierwszym miejscu do tego typu idolatrii nowoczesności.

Platforma nie kłamie. Mówi, że jest nowoczesna – i jest. Mówi, że jest partią inteligencji – i jest partią inteligencji, bo większość inteligencji też jest nowoczesna i popiera partie nowoczesne. Mówi, że jest partią ludzi młodych – i, bez złośliwości, też mówi prawdę. Platforma wierzy w to, co mówi, a młodzi, wykształceni mieszkańcy wielkich miast wierzą w to, co mówi Platforma. Bo Platforma mówi dokładnie to, co oni myślą. A to, co oni wszyscy myślą, czym są i w co wierzą, w najmniejszym stopniu nie jest zasługą propagandowego sztabu PO i jego chytrych sztuczek. Siła przekonywania PO polega na tym, że wszystkie propagandowe klisze tego ugrupowania pośrednio odwołują się do najbardziej rozpowszechnionych, uproszczonych wyobrażeń o Polsce i świecie, które współcześni Polacy wynoszą ze swoich szkół i uniwersytetów. A także i do tych, z którymi spotykają się na każdym kroku nie tylko w mediach, ale i masowej rozrywce, w literaturze współczesnej, w kinie, teatrze, na festiwalach kultury, na wystawach sztuki krytycznej, i wszędzie tam, gdzie tylko może trafić i gdzie prawie zawsze trafia młody Polak po maturze.

Wszędzie tam słyszy on, że wszystko to, co nowoczesne jest bezwzględnie najlepsze, że wszyscy ludzie nowocześni są cool, że on też, jeśli chce wśród nich zaistnieć, musi być nowoczesny. A jeszcze i to, że w ogóle do „tego kraju”, trzeba by wprowadzić nowoczesność, co niestety nie jest łatwe, bo… Tak wygląda w największym skrócie akulturacja przeciętnego młodego człowieka w III RP. Platforma jest polityczną emanacją głównego nurtu kultury III RP. Podobnie jak jej poprzedniczka Unia Wolności operuje tymi samymi stereotypami, których nikt za stereotypy nie uważa, ponieważ operują nimi wszyscy ludzie nowocześni i wykształceni: autorytety, dziennikarze (polscy i zagraniczni) artyści i literaci, tysiące ludzi zatrudnionych w instytucjach kultury i jej odbiorców. 

                W tych stereotypach dotyczących Polski i jej sytuacji w świecie drugorzędne miejsce zajmują takie pojęcia jak naród, państwo, niepodległość czy komunizm. Historia Polski sprowadzona jest do wspólnego mianownika, jakim są dzieje jej stałego zacofania. Zacofanie to jest też przedmiotem masochistycznej kontemplacji w obrazie Polski współczesnej. Na tym tle pojawia się pochlebny obraz własny, ludzi młodych, wykształconych i nowoczesnych, którzy noszą w sobie chęć zmiany. Wartość swoją upatrują oni nie w tym, że są Polakami, że mają jakiś rodowód i coś dziedziczą, ale w tym, że chcą zacofaną Polskę zmienić. Bo dopiero jak ją zmienią, to będą z niej dumni. Na razie są dumni z siebie, że mają takie szczytne intencje.

                Tak wygląda mentalność inteligenckich zwolenników Platformy Obywatelskiej. Parę lat temu mentalność taka była spoiwem Unii Wolności i jej elektoratu, wcześniej królowała w centrum i na lewicy opozycji demokratycznej lat 70-ych i ruchu „Solidarności”. Do opozycji przenieśli go liberalno-lewicowi działacze, publicyści i twórcy z tego nurtu oficjalnej kultury PRL-u, w którym większość z nich uczestniczyła. To samo myślenie, w którym unowocześnienie Polski było intelektualnym fetyszem i kluczem programu działania występowało też w liberalnym skrzydle PZPR lat 70-ych, a wcześniej wśród rewizjonistów ery gomułkowskiej. Ale i to wszystko opierało na kontynuacji. Nawiązywało bowiem do wykorzystanego w latach stalinowskich, liberalnego dziedzictwa dwudziestolecia międzywojennego, reprezentowanego przez tę, niewielką ale wpływową część jego elity, która została przez komunistów zaproszona do współpracy, i która zaproszenie to przyjęła. Cofając się jeszcze dalej, można by dojść, przez Brzozowskiego i pozytywizm, aż do samego króla Stasia Poniatowskiego i jego pierwszej, wielkiej próby zmodernizowania Polski w epoce oświecenia. Wszystko to przypominam nie bez powodu, gdyż było w szkole i kulturze PRL stale obecne i przedstawiane jako „pozytywna tradycja narodowa”. To co ukształtowało  mentalność współczesnej inteligencji i stanowi podstawowe źródło kryteriów i kontekst wszystkich jej politycznych zachowań i wyborów, stało się czynnikiem modelującym jej świadomość już epoce PRL-u. Pokolenie Platformy, czy o tym wie, czy nie wie, jest na końcu tego łańcucha tradycji i odcina kupony od jej potencjału i autorytetu ugruntowanego w PRL w ramach przemyślanej i skutecznej polityki  kształtowania tradycji.

                Pokolenie Platformy dziedziczy z tego zasobu mitów i retoryki coś jeszcze: archetypiczny obraz wroga postępu i unowocześnienia Polski. Od niepamiętnych czasów wrogami nowoczesności w Polsce są zawsze te same postacie: ciemny Sarmata z czasów saskich, warchoł sejmikowy, fanatyczny i nienawidzący wszystkiego co dobre, piękne i nowoczesne Polak-katolik. Te podstawowe wizerunki wroga są gotowe od lat. Współcześni specjaliści od pi-aru niczego w tym względzie nie muszą wymyślać, wystarczy, że do gotowych portretów-atrap dokleją odpowiednie, aktualne w danym momencie twarze konkretnych ludzi. Ponury mit Polski sarmackiej, zacofanej i zamkniętej na świat – oraz jej ciągle nowych, aktualnych „na danym etapie” reprezentantów rozwijany jest do znudzenia przez dawnych i obecnych zwolenników modernizowania nas na wzór Zachodu. A tkwi on w polskich głowach tym mocniej, że nie gardzili nim też w PRL komuniści, którzy chcieli nas modernizować na wzór ZSRR.

Cały ten zespół stereotypów, rozwinięty i utrwalony w PRL, zasługuje na taką samą weryfikację, jakiej poddawany jest w IPN obraz historii najnowszej Polski. Dla kształtu polskiego życia publicznego na dłuższą metę taka weryfikacja ma znaczenie zasadnicze i jest konieczna. Niestety nie zdają sobie z tego sprawy ci, którzy na życie publiczne mają wpływ największy: politycy i dziennikarze.

Spróbujmy jednak wyobrazić sobie, jak taka weryfikacja tradycji postępowej mogłaby wyglądać. Dlaczego, mimo tylu wysiłków kolejnych pokoleń modernizatorów Polski, i ciągłego przypominania o potrzebie modernizacji współcześnie, dzieło to idzie tak opornie? Czemu ciągle pozostajemy tak dalece z tyłu, że modernizacja wciąż i na nowo jest najpilniejszym zadaniem? Otóż przyczyna tego tkwi niewątpliwie w tym, jak potoczyła się historia Polski od połowy XVII wieku do lat pojałtańskich. Ale tkwi też w błędach samych modernizatorów, i w założeniach, na których najczęściej opiera się ich praktyka. W związku z zacofaniem kraju lubią oni krytykować odpowiedzialną za to rzekomo polską mentalność, tak jakby sami jej posiadali jakąś inną. Czy nie jest jednak przypadkiem tak, że przyczyna nieskutecznej jak dotąd modernizacji Polski tkwi ostatecznie w mentalności samych zwolenników reform?

Modernizator porównując Polskę z krajami, które uważa za nowoczesne, dostrzega w niej przede wszystkim zacofanie. Nowoczesne są w jego mniemaniu kraje posiadające autostrady, wielkie lotniska, wielkie stadiony, itp. Ponieważ w Polsce tego wszystkiego nie widzi, uznaje na mocy długiej tradycji zręcznie spopularyzowej w czasach PRL i odgarzanej po 1989 roku, że winę za to ponosi nasza mentalność, historia będąca efektem sarmackich wad narodowych i romantycznych mitów, w ogóle tradycyjna polska kultura i historia. Reżyser teatralny Jan Klata w rozmowie z Cezarym Michalskim („Europa” 20-21 września 2008) ogłasza, że jego zdaniem pomniki w Polsce należałoby stawiać budowniczym warszawskiego metra, a nie powstańcom warszawskim. W jaki sposób uzasadnić sąd, że tradycja powstańcza, czy szerzej:  mentalność i kultura są w stanie  zablokować budowę metra i autostrad, nad tym się nie zastanawia, bo negatywny wpływ mentalności polskiej sarmatyzmu, romantyzmu, ludowego katolicyzmu itd. na los kraju jest aksjomatem wpojonym mu przez podręczniki, asystentki z uczelni i całą rzeszę popularnych autorytetów. A tego, że zacofanie i dewastacja infrastruktury publicznej w Polsce są, po 20 latach niepodległości, świadectwem troski o kraj okrągłostołowego establishmentu, powiedzieć nie może, bo wtedy wywiadów mógłby udzielać nie „Dziennikowi” tylko „Naszej Polsce”. (A do państwowego teatru też nikt by go nie wpuścił, jako prawicowego oszołoma). Tymczasem, skoro przejazd z Berlina do Wałbrzycha czy Wrocławia jest dla Klaty takim traumatycznym przeżyciem, to niech sam siebie zapyta, co dla cywilizacyjnego podniesienia Polski zrobiły przez ostatnie 17 lat, kiedy niemal bez przerwy były przy władzy, partie przez niego popierane: unie wolności, kongresy liberalne, AWS-y, lewice i PSL? Kto w końcu rządził Polską przez ten czas i kto odpowiada za brak autostrad – oni, czy  powstańcy warszawscy?     

Miliony razy powtarzany i nigdy solidnie nie poddany w wątpliwość pewnik, że pierwszą przyczyną naszych nieszczęść jest charakter narodowy, albo fałszywe mity utrwalone w naszej kulturze prowadzi do wniosku, że wszelką zasadniczą reformę należy w Polsce zaczynać od sfery kultury. Że trzeba wykorzenić „gruby sarmatyzm” albo „złą historię jako nauczycielkę złej polityki”, albo romantyczne „za waszą i naszą wolność”, albo „demony”, które przetrwały w komunistycznej zamrażarce. I stąd większość działań reformatorskich otoczonym największą aureolą zaczynała się i zaczyna w Polsce od uznanej za priorytetową sfery kulturowej. Zaczynała się, koncentrowała, a czasem, najczęściej, także kończyła. Przewodnicy liberalnej inteligencji ordynujący Polsce na początku lat 90-ych hiszpańską drogę demokratyzacji opartą na laicyzacji stylu życia, czemu miało chyba służyć istne bombardowanie nas filmami Pedro Almodovara, postępowali pod tym względem niemal tak samo jak stary, poczciwy król Poniatowski, pierwszy, który też zaczął od reformy teatru.

Wiara, że wszelka reforma państwa musi się koncentrować na zmianach kulturowych jest u nas od bardzo dawna inteligenckim przesądem. Stąd najlepsi synowie ojczyzny szczerze są przekonani, że najpierw trzeba zmienić sposób myślenia zwykłych Polaków, a potem wszystko inne samo się jakoś zrobi: autostrady same się zbudują, kolejki w szpitalach i sądach znikną automatycznie, itd. Tymczasem koncentrowanie się na socjotechnice zmian kulturowych, które głównie obserwujemy w III RP, jest pierwszą przyczyną nieskuteczności i wręcz przeciwskuteczności tej drogi działania.

Po pierwsze bowiem, realizacja tego planu zakłada swoisty podział ról społecznych. W ramach tego podziału jednym, wybranym uczestnikom życia publicznego przypada rola mentorów, pozostałym rola wiecznie pouczanych żaczków i prostaczków. Ideologiczny podział na oświecone elity i ciemny naród jest konfliktogenny, tym bardziej, że nie da się go pomyśleć i zrealizować bez obsadzenia jakiejś części społeczeństwa w roli zawalidrogi postępu i ubogiego krewnego z prowincji nie dostosowanego do europejskich form życia. W ten sposób modernizatorzy kulturowi w krótkim czasie doprowadzają kraj do stanu wojny kulturowej i związanego z tą wojną politycznego wrzenia. W tych warunkach nikt nie ma czasu zająć się sprawami gospodarki, infrastruktury i administracji. Wszyscy zaczynają się nawzajem pouczać o zasadach demokracji, moralności lub stylu, podczas gdy dziedzinę realiów w coraz większym stopniu wypełniają szare mechanizmy i czarne charaktery. Tymczasem dziury w drogach mają to do siebie, że jakoś nie chcą się załatać same.

Innym objawem kryzysu, do którego prowadzi modernizacja kulturowa, jest pogłębianie narodowych kompleksów w stosunku do obcych. Zmiana sposobu myślenia Polaków nie byłaby potrzebna, gdybyśmy uznali, że Polacy są jak na swoje potrzeby wystarczająco mądrzy. Skoro jednak Polakom zmieniamy sposób myślenia, to usadzamy cały naród w szkolnej ławie, z tą intencją, że na razie ma słuchać i uczyć się od mądrzejszych. „Bo my Polacy jesteśmy słabsi, bo niczego innego my Polacy się nie nadajemy”, jak powiada Jan Klata w cytowanym wywiadzie. Nie dość więc, że bezustannie daje się ludziom do zrozumienia, że w sprawach państwa muszą okazywać posłuszeństwo wobec oświeconej elity, to jeszcze okazuje się, że stosunkach międzynarodowych Polsce przeznaczona jest rola pokornego ucznia, który najlepiej postąpi, jeśli ograniczy się do odrabiania lekcji zadawanych mu przez Europę. W ten sposób ideologia modernizacji kulturowej paraliżuje także samodzielną politykę zagraniczną państwa, motywując w zamian uczniowską grzeczność wobec tych, których uznaje się za z natury bardziej oświeconych.

Przy takim nastawieniu sama suwerenność państwowa przestaje być wartością godną obrony. Logicznie wynika to zresztą z założeń kulturowej modernizacji. Państwo polskie ze swoją tradycją i strukturą jest przecież instytucjonalną formą trwania kultury wymagającej unowocześnienia. Nosząc na sobie piętno historii, stoi z całym swoim partykularyzmem na przeszkodzie uniwersalnym prądom niosącym nam dobrodziejstwa, o jakich nasi przodkowie nie mieli (podobno) pojęcia. Ideologia modernizacji nie mówi nic konkretnego o pozytywnej funkcji państwa narodowego. Wartością jest dla niej ograniczanie jego roli, o czym informuje się wprost, jako o dobru sui generis, nawet jeśli brakuje uzasadnienia, na czym owo dobro dostrzegane w umniejszaniu roli państwa na rzecz struktur ponadnarodowych miałoby polegać.

Od skutków politycznych modernizacji kulturowej przejdźmy na powrót do jej skutków stricte kulturowych. I tu rozumowanie modernizatora można by streścić następująco. Skoro zakładamy, że to nasza sarmacko-romantyczna tradycja narodowa doprowadziła nas do obecnego stanu, to chyba w ogóle nie warto się nad nią zastanawiać, pytać o jej źródła, prawdziwy charakter i przyczyny upartego trwania. Tu liberalny modernizator Polski popełnia swój drugi kardynalny błąd. Odrzuca własne dziedzictwo narodowe jako coś bezużytecznego dla jego zamierzeń, jako stertę muzealnych rupieci, które od razu należy odesłać do przysłowiowego lamusa. Wydaje mu się, że uwalnia się w ten sposób od niepotrzebnego balastu, gdy tymczasem nie uwalnia się od niczego, tylko po prostu sam siebie ogałaca z punktów oparcia i doświadczeń, które mogłyby mu pomóc w działaniu.

Ogołocony z własnej tradycji ma z reguły dość blade pojęcie o tradycjach innych narodów, które mu imponują. Albo więc zaczyna wchodzić w obce kultury, wykorzeniając się do reszty z własnej i dochodząc do postawy kosmopolitycznej – albo po prostu emigruje. Jeśli zaś nie emigruje i pozostaje na poziomie powierzchownej fascynacji obcymi wzorami, zaczyna je  przenosić na polski grunt. Nie przejmuje się przy tym ani miejscowymi uwarunkowaniami, które go nie interesują, bo są częścią kultury zacofanej, ani oryginalnym znaczeniem poszczególnych wzorów, które chce importować, w kulturach, z których one pochodzą, a których też nie ma czasu poznać, zajęty modernizowaniem własnej. W ten sposób zamierzona modernizacja w praktyce okazuje się mechanicznym kopiowaniem rozwiązań wybieranych na niejasnych zasadach a jej efektem jest zalewanie modernizowanego kraju masą heterogenicznych podróbek kulturowych nie tworzących żadnego funkcjonalnego systemu.

                Zwolennicy takiej imitacji używają często argumentu, że Polacy nie mogą wszystkiego wymyślać sami i od nowa. Jest to argument demagogiczny, bo po pierwsze nikt tego nie twierdzi, a po drugie wiadomo, że większa część każdej kultury narodowej składa się z zapożyczeń. Chodzi jednak o to, że zapożyczenia tylko wtedy są funkcjonalne i trwałe, jeśli pasują do realnie istniejących uwarunkowań, potrzeb i tradycji danej wspólnoty. Tymczasem ten, kto na wstępie odrzuca pozytywną analizę własnego dziedzictwa, nie może nic wiedzieć o rzeczywistych potrzebach swojego kraju. Stąd sukces lub klęska jego działań zaczynają zależeć od ślepego przypadku.

                Odrzucenie narodowego dziedzictwa i odmowa jego studiowania, która jest stałą cechą myślenia polskich modernizatorów, sprawia ponadto, że każdemu z nich wydaje się, że on, czy też jego pokolenie jest pierwszym, które wpadło na pomysł, że Polskę trzeba unowocześnić. Dlatego fatalna cecha modernizacji polega na wiecznym zaczynaniu od początku. Po pierwsze, postrzeganie stanu wyjściowego kraju wyłącznie w kategoriach zacofania, uniemożliwia pozytywne nawiązanie do tego, co pozostało z pracy poprzedników. Ponieważ ich doświadczenia należą do tradycji polskiej, a więc tej zacofanej, z góry zakłada się, że pozostały po nich tylko jakieś rudery wymagające uprzątnięcia przed przystąpieniem do nowej budowy. W ten sposób mentalność modernizacyjna blokuje i w efekcie realnie zakłóca mechanizm kumulowania osiągnięć i wyników prac poszczególnych pokoleń. Ironią losu jest w tej sytuacji fakt, że większość krajów, które tak imponują polskim modernizatorom, doszła do swego sukcesu właśnie na drodze procesu rozwojowego o charakterze kumulatywnym… Poza tym programowe odwrócenie się od tradycji nie pozwala modernizatorom wyciągać wniosków z doświadczeń ich poprzedników i uczyć się na ich błędach, co prowadzi do powtarzania tych samych błędów w każdym kolejnym pokoleniu.

                W Polsce takie zerwania tradycji, do których nawołuje imitatorski nurt naszej kultury, nakładały się dodatkowo na zaburzenia ciągłości rozwoju wynikające z wojen, rozbiorów, zmian granic a przede wszystkim z największego kompleksowego zerwania tradycji, jakim był półwieczny okres okupacji i rządów komunistycznych. Po roku 1989 kraj potrzebował gwałtownie ponownego spojenia pozrywanych żył i zrastania się połamanych kości. Potrzebował też pilnie naprawy dróg i budowy autostrad. Zamiast tego jednak zwycięscy liberałowie wraz z lewicą zafundowali nam, na początek, kolejny seans postępowego biczowania „polskiej mentalności”.

               

(tekst z książki „Demokracja bez korzeni”, Kraków 2009, pierwodruk: „Nowe Państwo” 2008, nr 4)

Wyświetl PDF